Obrazy
Świat dziś zmienia się szybciej, niż można go namalować. Sztuka musi nadążać. A znaczy to tylko tyle, że nie może się nigdy zatrzymywać.
Wystarczy kwadrans
Lato 2026
Oglądanie wystawy na telefonie nie jest niczym zdrożnym. Telefon jest miły w dotyku i nadaje się do okazjonalnego zerknięcia na obrazy.
Wystawy
Każdy zna ten moment: zagapienie. Poza językiem, bez potrzeby natychmiastowego nazwania i wyjaśnienia. Warto go praktykować nie tylko w galeriach. Chroni wspólny świat przed uśrednieniem i szarością. Dlatego wystawy malarstwa nie mogą ograniczać się do porządkowania obrazów i objaśniania sensów. Muszą być wymagające. Muszą przemieniać abstrakcję w kolor, a powtarzalne gesty zagęszczać w ślad, który zostaje.
Wystawa nie jest tylko prezentacją prac. Jest próbą dotknięcia miejsca, w którym sztuka nie została sprowadzona do komentarza, dokumentu ani ilustracji własnych czasów. Dotyk wyprzedza inne zmysły. Gdy coś zostaje dotknięte, odsłania się natychmiast. Tak działa malarstwo: nie wszystko musi być nazwane, żeby działało. Czasem ważniejsze od rozumienia jest skupienie, którego nie da się przyspieszyć ani zastąpić.
Kolejne wystawy nie tworzą ciągu miejsc i dat. Tworzą ciąg pytań: czy malarstwo może zachować własny prąd? Czy obraz może istnieć inaczej niż jako kopia kopii? Czy sztuka może nadal działać jak tajemnica, którą można pomieścić w sobie — nie jako ozdobę ani temat dyskusji, lecz jako doświadczenie zmieniające sposób widzenia?
Kolejne wystawy nie tworzą ciągu miejsc i dat. Tworzą ciąg pytań: czy malarstwo może zachować własny prąd? Czy obraz może istnieć inaczej niż jako kopia kopii? Czy sztuka może nadal działać jak tajemnica, którą można pomieścić w sobie — nie jako ozdobę ani temat dyskusji, lecz jako doświadczenie zmieniające sposób widzenia?
Jeżeli czas awangard się kończy, to nie dlatego, że sztuka przestała szukać nowych form. Świat zmienia się szybciej, niż można go namalować. To nie jest powód do nostalgii ani obrony dawnych porządków. To punkt wyjścia dla malarstwa w XXI wieku. Sztuka nie może się zatrzymywać. Nie może też udawać, że musi nadążać za tempem technologii. To nie jest jej tempo.
Pojawia się pytanie: co może zrobić malarstwo, jeśli nie chce stać się kopią cudzego rytmu, kolejnym obrazem świata uproszczonego i podanego do natychmiastowego użycia? Jego zadaniem nie jest ściganie się ze zmianą, lecz utrzymanie własnej miary. Nie zatrzymywać się i nie tracić własnego sposobu trwania. Nie kopiować pośpiechu, lecz budować warunki widzenia, które nie ulega temu, co gotowe.
Pojawia się pytanie: co może zrobić malarstwo, jeśli nie chce stać się kopią cudzego rytmu, kolejnym obrazem świata uproszczonego i podanego do natychmiastowego użycia? Jego zadaniem nie jest ściganie się ze zmianą, lecz utrzymanie własnej miary. Nie zatrzymywać się i nie tracić własnego sposobu trwania. Nie kopiować pośpiechu, lecz budować warunki widzenia, które nie ulega temu, co gotowe.
Płótno nie jest ani błyszczącym papierem, ani świecącym ekranem. Nie służy digitalnej fotografii ani testowaniu możliwości technologii. Nie jest miejscem powielania rzeczywistości przejętej w pośpiechu, podsuniętej przez cudze widzenie, coraz częściej przefiltrowanej przez systemy szybsze niż ludzka uwaga. Kończy się czas sztuki zależnej od czasu. Nie chodzi o odwrót od współczesności, lecz o odmowę podporządkowania się jej najprostszym mechanizmom.
Wyraźnie widać też stawkę tej pracy. Malarstwo nie jest bezpiecznym obszarem ekspresji jednostki. Jest dziedziną rządzącą się zasadami niezależnymi od technologii i od człowieka. To nie człowiek sprawuje nad nią władzę. To nie AI określa jej istotę. Dla malarza każda chwila pozostaje chwiejna i istotna.
Wszystko i nic. Wszystko, co przybliża do bycia na jawie. Nowa definicja sztuki nie powstanie przez generowanie. Algorytm pisania o sztuce nie jest gotowy. Sztuka musi bronić tego, co nie daje się uporządkować w instrukcję, program ani nomenklaturę. W tym oporze wobec łatwego przełożenia zaczyna się jej realna siła.
Wszystko i nic. Wszystko, co przybliża do bycia na jawie. Nowa definicja sztuki nie powstanie przez generowanie. Algorytm pisania o sztuce nie jest gotowy. Sztuka musi bronić tego, co nie daje się uporządkować w instrukcję, program ani nomenklaturę. W tym oporze wobec łatwego przełożenia zaczyna się jej realna siła.
Tarnów, 2026 – Wystarczy kwadrans
Dworce rządzą się własnym rytmem. Są przestrzeniami przejścia, pośpiechu i krótkich zatrzymań, miejscami, w których zwykle nic nie domaga się długiego skupienia. W tarnowskim dworcu znajduje się kameralna przestrzeń Galerii BWA — wydzielona, ale nieodcięta od świata, który nieustannie przepływa obok. Tytuł wystawy obiecuje tylko tyle: „Wystarczy kwadrans”. Dopiero po chwili okazuje się, że nie chodzi o czas potrzebny, by przejść przez ekspozycję, lecz o moment, w którym spojrzenie przestaje być powierzchowne i zaczyna pracować precyzyjnie, selektywnie, świadomie. Zatrzymuje się tam, gdzie wcześniej nie było powodu. Nie dlatego, że coś zostało dodane, lecz dlatego, że coś zostało uruchomione.
W pewnym momencie relacje, które od początku były obecne w obrazie, układają się w napięcie, którego nie sposób zignorować. Zaczyna się widzieć więcej — nie dlatego, że obraz się zmienia, lecz dlatego, że uruchamia się określony sposób widzenia. Przestaje być jasne, czy to obraz odsłania kolejne warstwy, czy patrzący zaczyna widzieć w sposób, który dotąd pozostawał poza jego zasięgiem. W tym miejscu najdobitniej ujawnia się logika tej pracy: nie chodzi jedynie o tworzenie obrazów, lecz o budowanie warunków widzenia.
Ta zmiana nie jest przypadkowa. Wynika z metody rozwijanej konsekwentnie od lat. Jej celem nie jest wyłącznie materialne ukształtowanie powierzchni, lecz organizowanie sytuacji, w której widzenie przestaje być automatyczne. Uwaga zostaje przesunięta z samego obrazu na to, co dzieje się po drugiej stronie — w odbiorcy. Nie chodzi już o prostą relację między dziełem a interpretacją, lecz o moment, w którym patrzenie się pogłębia. Dlatego tak wyraźnie ciężar przesuwa się tu w stronę człowieka, który patrzy.
Ta zmiana nie jest przypadkowa. Wynika z metody rozwijanej konsekwentnie od lat. Jej celem nie jest wyłącznie materialne ukształtowanie powierzchni, lecz organizowanie sytuacji, w której widzenie przestaje być automatyczne. Uwaga zostaje przesunięta z samego obrazu na to, co dzieje się po drugiej stronie — w odbiorcy. Nie chodzi już o prostą relację między dziełem a interpretacją, lecz o moment, w którym patrzenie się pogłębia. Dlatego tak wyraźnie ciężar przesuwa się tu w stronę człowieka, który patrzy.
W Tarnowie szczególnego znaczenia nabiera to, co pomiędzy. Nie jako pojęcie, lecz jako doświadczenie percepcji. Pojawia się w chwili, gdy spojrzenie przestaje być odruchem, a staje się decyzją. Wtedy zaczynają być widoczne nie tylko same obrazy, lecz także napięcia, relacje i przesunięcia, które wcześniej mogły pozostawać niedostrzeżone. To, co miało być tłem, zaczyna przejmować uwagę. Właśnie tutaj rodzi się doświadczenie, które nie kończy się w chwili oglądania.
Obrazy działają jednocześnie w teraźniejszości i poza nią. Wracają, kiedy zamykają się powieki. Reorganizują pamięć. Zmieniają sposób, w jaki zaczynają układać się detale. Ich oddziaływanie nie kończy się w przestrzeni wystawy — właściwe miejsce ich działania zaczyna się tam, gdzie człowiek układa je w sobie. To wiele mówi o wrażliwości, z której te prace wyrastają. Nie jest to wrażliwość skupiona na spektaklu ani na natychmiastowym efekcie. Jest selektywna, czujna, nieufna wobec oczywistości, a zarazem gotowa na to, co ujawnia się dopiero po czasie.
Obrazy działają jednocześnie w teraźniejszości i poza nią. Wracają, kiedy zamykają się powieki. Reorganizują pamięć. Zmieniają sposób, w jaki zaczynają układać się detale. Ich oddziaływanie nie kończy się w przestrzeni wystawy — właściwe miejsce ich działania zaczyna się tam, gdzie człowiek układa je w sobie. To wiele mówi o wrażliwości, z której te prace wyrastają. Nie jest to wrażliwość skupiona na spektaklu ani na natychmiastowym efekcie. Jest selektywna, czujna, nieufna wobec oczywistości, a zarazem gotowa na to, co ujawnia się dopiero po czasie.
W tym sensie Tarnów nie jest tylko kolejną wystawą. To miejsce, w którym problem współczesnego malarstwa zostaje postawiony wyjątkowo ostro. Dziś rozpaczliwie próbuje się nadążyć za rytmem zmian — niemal wszystkiego, także sztuki. W pośpiechu zaczyna ona coraz częściej naśladować kopie potocznej codzienności, cudze widzenie, obrazy zapożyczone i podsunięte przez obieg, który nie potrzebuje już nawet autora, aby produkować intensywność. W takim świecie malarstwo łatwo może utracić własny grunt. Nie dlatego, że staje się słabsze, lecz dlatego, że zbyt łatwo godzi się na cudze warunki.
Malarstwo uwielbia być mówione. Wie, że od tego, co się o nim powie, zależy jego kondycja, obecność, obieg, a czasem nawet prestiż. Wielość słuchaczy nie doda mu siły. Może dodać splendoru, lecz nie zastąpi napięcia, które rodzi się pomiędzy obrazem a patrzeniem. To napięcie nie powstaje w hałasie. Nie pojawia się też tam, gdzie sztuka staje się jedynie komentarzem do przyspieszającej współczesności. Świat przyspiesza bez końca, a jednak właśnie w takim świecie malarstwo musi zachować własną zdolność trwania.
Malarstwo uwielbia być mówione. Wie, że od tego, co się o nim powie, zależy jego kondycja, obecność, obieg, a czasem nawet prestiż. Wielość słuchaczy nie doda mu siły. Może dodać splendoru, lecz nie zastąpi napięcia, które rodzi się pomiędzy obrazem a patrzeniem. To napięcie nie powstaje w hałasie. Nie pojawia się też tam, gdzie sztuka staje się jedynie komentarzem do przyspieszającej współczesności. Świat przyspiesza bez końca, a jednak właśnie w takim świecie malarstwo musi zachować własną zdolność trwania.
Kolory świata szybko tracą wyrazistość w oczach przyzwyczajonych do nadmiaru. Nie dlatego, że same zgasły, lecz dlatego, że zostały wciągnięte w obieg, który nie zna odpoczynku. Jaskrawe słońce nie gaśnie — jedynie oddaje swoją siłę gdzie indziej. Spojrzenie kolorem jest wolniejsze. Kolor nie może uchwycić wszystkich stadiów zmiany. Zastyga — i właśnie to zastygnięcie okazuje się jego siłą. Obraz nie musi ścigać się z rzeczywistością. Nie musi udawać urządzenia szybszego od urządzeń. Nie musi prześwietlać technologii, aby uzasadnić własne istnienie.
To nie jest wyścig. Tym bardziej nie wyścig hałaśliwy, mechaniczny, zachwycony samym ruchem. Lepiej przyjrzeć się temu wszechogarniającemu pędowi, stojąc obok i zachowując własny punkt oparcia. W świecie jest mnóstwo pięknych detali, które uwodzą zmysły. To nie wystarcza. Detale sztuki nie rodzą się z powielania detali świata. Powstają na płótnie. Dlatego nie warto kopiować kopii.
To nie jest wyścig. Tym bardziej nie wyścig hałaśliwy, mechaniczny, zachwycony samym ruchem. Lepiej przyjrzeć się temu wszechogarniającemu pędowi, stojąc obok i zachowując własny punkt oparcia. W świecie jest mnóstwo pięknych detali, które uwodzą zmysły. To nie wystarcza. Detale sztuki nie rodzą się z powielania detali świata. Powstają na płótnie. Dlatego nie warto kopiować kopii.
To właśnie dlatego Tarnów wychodzi poza ramy jednej ekspozycji. Ta sama logika została przeniesiona na stronę internetową, gdzie obrazy nie funkcjonują jedynie jako dokumentacja, lecz zaczynają działać dalej. Panel uruchomiony przy okazji tej wystawy pozwala zatrzymać się dłużej, zestawiać obrazy, mieszać je ze sobą, śledzić ich napięcia i obserwować warstwy struktury ujawniające się dopiero w relacji. Można wracać do prac, konfrontować je ze sobą, obserwować te najnowsze, jeszcze niepokazywane i niepublikowane wcześniej. Nie jest to dodatek. To kontynuacja tego samego sposobu myślenia, który organizuje całość. Obraz nie kończy się na ścianie galerii. Dalej pracuje jako układ napięć, relacji i sygnatur.
W tym sensie Tarnów pokazuje nie gotowy mechanizm, lecz mechanizm w działaniu. Ujawnia to, co ma wcześniejsze etapy i dalsze konsekwencje. Nie jest końcem procesu. Jest momentem, w którym staje się czytelne, że stawką tych obrazów nie jest przedstawienie rzeczywistości, lecz przemiana samego aktu patrzenia.
W tym sensie Tarnów pokazuje nie gotowy mechanizm, lecz mechanizm w działaniu. Ujawnia to, co ma wcześniejsze etapy i dalsze konsekwencje. Nie jest końcem procesu. Jest momentem, w którym staje się czytelne, że stawką tych obrazów nie jest przedstawienie rzeczywistości, lecz przemiana samego aktu patrzenia.
Chełm, 2024 – Mobilneur
W Chełmie po raz pierwszy z dużą wyrazistością ujawnił się język, który później będzie rozwijany. Stało się to w przestrzeni dawnego kościoła, gdzie od lat działa galeria sztuki. Sama przestrzeń nie pełni roli dekoracji ani metafory, ale nie pozostaje obojętna. Skupienie, rytm, wyciszenie i dyscyplina miejsca wydobywają ciężar tego, co dopiero się ustanawia. Nic nie rozprasza. Nic nie odbiera znaczenia temu, co właśnie staje się widoczne.
To tutaj po raz pierwszy pokazany został nowy cykl obrazów o rygorystycznie identycznym formacie. Wszystkie należą do jednego porządku. Wszystkie mają charakterystyczne zaokrąglone narożniki, które natychmiast przyciągają uwagę i zostają w pamięci jako coś więcej niż formalny detal. To pierwsza wystawa, na której ten język pojawia się z taką jednoznacznością: zamknięty, powtarzalny, świadomie zbudowany. Nie ma tu jednak monotoniczności. Przeciwnie — im mocniej wraca ta sama forma, tym wyraźniej widać różnice. Powtarzalność działa jak mantra. Nie ogranicza obrazu, lecz oczyszcza pole widzenia. Wyostrza.
Tutaj najdobitniej okazuje się, że to, co formalne, nie jest wyłącznie formalne. Jednolity format, narożniki i rygor powtarzalności można opisać językiem historii sztuki, ale opis nie sięga do istoty rzeczy. To, co najważniejsze, wynika z określonej dyscypliny psychicznej. Nie chodzi o improwizowaną emocjonalność ani o moment natchnienia. Chodzi o wrażliwość utrzymywaną w stanie ciągłej gotowości.
Tutaj najdobitniej okazuje się, że to, co formalne, nie jest wyłącznie formalne. Jednolity format, narożniki i rygor powtarzalności można opisać językiem historii sztuki, ale opis nie sięga do istoty rzeczy. To, co najważniejsze, wynika z określonej dyscypliny psychicznej. Nie chodzi o improwizowaną emocjonalność ani o moment natchnienia. Chodzi o wrażliwość utrzymywaną w stanie ciągłej gotowości.
Źródło tej konsekwencji znajduje się gdzie indziej — w codziennym geście, który powtarza się wcześniej i częściej. W malowaniu na odwrocie telefonu. To właśnie telefon jest stale obecny, najbliższy, dostępny natychmiast. Nie szkicownik, nie płótno, nie sztalugi. Telefon. To na jego odwrocie utrwalane są impulsy, układy i napięcia. W Chełmie pokazano kilka takich telefonów obok obrazów i stało się jasne, że duży format nie jest początkiem, lecz konsekwencją.
W centrum tej przestrzeni znalazł się stół sprowadzony z prywatnej pracowni. Nie jako dekoracja, ale jako ślad praktyki. To przy nim pokazano, jak powstaje miniatura. Gdy malowanie odbywa się na telefonie małej dziewczynki, a następnie przekazywane są medium i narzędzia, scena przestaje przypominać zwykły warsztat. Przypomina przekazanie praktyki — rytmu pracy, sposobu skupienia, wiary w sens gestu. To, co widać na ścianie, okazuje się wcześniej przepracowane w skali mieszczącej się w dłoni, wpisanej w codzienność.
W centrum tej przestrzeni znalazł się stół sprowadzony z prywatnej pracowni. Nie jako dekoracja, ale jako ślad praktyki. To przy nim pokazano, jak powstaje miniatura. Gdy malowanie odbywa się na telefonie małej dziewczynki, a następnie przekazywane są medium i narzędzia, scena przestaje przypominać zwykły warsztat. Przypomina przekazanie praktyki — rytmu pracy, sposobu skupienia, wiary w sens gestu. To, co widać na ścianie, okazuje się wcześniej przepracowane w skali mieszczącej się w dłoni, wpisanej w codzienność.
To wiele mówi o strukturze tej pracy. Malowanie na odwrocie telefonu nie jest ciekawostką ani efektem współczesnego rekwizytu. Jest decyzją, że sztuka ma być stale przy człowieku, tak jak stale obecny jest świat przechodzący przez uwagę. Opracowane medium pozwala mieć sztukę zawsze przy sobie, a wraz z nią własny sposób patrzenia. Ten sposób widzenia jest codziennie wyostrzany, sprawdzany i poddawany próbie. To nie jest odświętna praktyka. Walczak maluje na telefonach od 1997 roku — nie tylko wtedy, gdy ma czas, lecz także podczas spotkań, w podróży, w restauracji, w miejscach, gdzie inni nie spodziewają się obecności sztuki. Właśnie ta ciągłość okazuje się kluczowa.
Równie ważna pozostaje materia obrazu. Medium wypracowane w laboratorium Atlasa nadaje powierzchni gęstość, twardość i głębię barw. Powierzchnia pracuje warstwowo, przyjmuje kolejne decyzje, utrzymuje napięcie, reaguje na światło. Można nim malować także na odwrocie telefonu. W tym miejscu codzienna praktyka, materiał i wystawa spotykają się po raz pierwszy tak wyraźnie. Chełm nie zamyka jeszcze tego języka, ale pozwala zobaczyć, że już istnieje.
Równie ważna pozostaje materia obrazu. Medium wypracowane w laboratorium Atlasa nadaje powierzchni gęstość, twardość i głębię barw. Powierzchnia pracuje warstwowo, przyjmuje kolejne decyzje, utrzymuje napięcie, reaguje na światło. Można nim malować także na odwrocie telefonu. W tym miejscu codzienna praktyka, materiał i wystawa spotykają się po raz pierwszy tak wyraźnie. Chełm nie zamyka jeszcze tego języka, ale pozwala zobaczyć, że już istnieje.
Z tej postawy wyrasta słowo „Mobilneur” — z połączenia „mobile” i figury flâneura, opisanej przez Baudelaire’a, a później rozwiniętej przez Benjamina. Nie jest to chwytliwy tytuł, lecz nazwa określonego sposobu bycia w świecie. Flâneur nie porusza się po mieście po to, by osiągnąć rezultat, lecz po to, by intensywnie widzieć. Nie zdobywa rzeczywistości, ale pozwala jej się odsłaniać. Benjamin przesuwa tę figurę dalej: flâneur zaczyna czytać miasto jak tekst, składać jego fragmenty, rozpoznawać układy i napięcia niewidoczne na pierwszy rzut oka.
Mobilneur przenosi ten ruch w epokę telefonu. Nie tyle spaceruje po mieście, ile nosi jego możliwość przy sobie. Jest gotowy. Przyjmuje wrażenia, zanim staną się informacją. Nie podbija świata, lecz przepuszcza go przez własną wrażliwość. To odsłania psychiczny wymiar tej pracy: nieufność wobec gotowych obrazów i jednoczesną otwartość na to, co nieoczywiste, nienazwane, dopiero wyłaniające się z doświadczenia.
Dlatego Chełm ma znaczenie szczególne. Nie tylko dlatego, że po raz pierwszy pokazane zostają obrazy od początku niemimetyczne. Również dlatego, że staje się widoczne, w jaki sposób forma, materia, rytm pracy i sposób bycia w świecie splatają się w jedno. Wcześniej rzeczywistość przechodziła przez soczewkę aparatu, aż zaczynała działać inaczej. Tutaj obraz rodzi się już po drugiej stronie. Nie jako zerwanie z wcześniejszą drogą, lecz jako jej konsekwencja.
A skoro jest konsekwencją, coś musiało ją przygotować.
Mobilneur przenosi ten ruch w epokę telefonu. Nie tyle spaceruje po mieście, ile nosi jego możliwość przy sobie. Jest gotowy. Przyjmuje wrażenia, zanim staną się informacją. Nie podbija świata, lecz przepuszcza go przez własną wrażliwość. To odsłania psychiczny wymiar tej pracy: nieufność wobec gotowych obrazów i jednoczesną otwartość na to, co nieoczywiste, nienazwane, dopiero wyłaniające się z doświadczenia.
Dlatego Chełm ma znaczenie szczególne. Nie tylko dlatego, że po raz pierwszy pokazane zostają obrazy od początku niemimetyczne. Również dlatego, że staje się widoczne, w jaki sposób forma, materia, rytm pracy i sposób bycia w świecie splatają się w jedno. Wcześniej rzeczywistość przechodziła przez soczewkę aparatu, aż zaczynała działać inaczej. Tutaj obraz rodzi się już po drugiej stronie. Nie jako zerwanie z wcześniejszą drogą, lecz jako jej konsekwencja.
A skoro jest konsekwencją, coś musiało ją przygotować.
Hünfeld, 2008 – Tory
Są momenty w twórczości, które nie zostawiają po sobie jednego dzieła, lecz zmieniają wszystko, co pojawi się później. Cykl „Tory” należy właśnie do nich. Z pozoru wygląda jak zawężenie: powrót do jednego motywu, jednego układu, jednej decyzji powtarzanej konsekwentnie w kolejnych pracach. To jednak pozór. W rzeczywistości dzieje się coś odwrotnego. To tutaj po raz pierwszy z pełną siłą widać, że powtarzalność może być narzędziem ujawnienia, a nie ograniczenia.
W cyklu „Tory” rygor zostaje określony niemal laboratoryjnie. Każda praca powstaje według identycznych założeń: ten sam format, ta sama kompozycyjna oś wyznaczona przez równoległe linie torów tramwajowych. Powtarzalność nie ogranicza obrazu. Eliminuje przypadkowość i przejmuje kontrolę nad spojrzeniem. To, co początkowo wydaje się oczywiste i rozpoznawalne — same tory — bardzo szybko traci dominującą rolę. Uwaga przesuwa się w przestrzeń pomiędzy nimi: w bruk, pęknięcia, szczeliny, mikroskopijne różnice, które wcześniej nie miały znaczenia. To, co miało być tłem, zaczyna przejmować kontrolę nad percepcją.
W tym miejscu trafny okazuje się cytat Krzysztofa Cichonia o pracach, w których „marne kilka milionów pikseli zostało zwielokrotnione w miriady szczegółów”. To zdanie oddaje nie tylko gęstość tych obrazów, lecz także naturę tej percepcji. Rzeczywistość nie zostaje uproszczona. Zostaje zagęszczona. Widzenie przestaje polegać na szybkim rozpoznaniu i zaczyna działać na poziomie struktury.
W tym miejscu trafny okazuje się cytat Krzysztofa Cichonia o pracach, w których „marne kilka milionów pikseli zostało zwielokrotnione w miriady szczegółów”. To zdanie oddaje nie tylko gęstość tych obrazów, lecz także naturę tej percepcji. Rzeczywistość nie zostaje uproszczona. Zostaje zagęszczona. Widzenie przestaje polegać na szybkim rozpoznaniu i zaczyna działać na poziomie struktury.
W pewnym momencie obraz zaczyna funkcjonować inaczej. Nadal pozostaje mimetyczny — odnosi się do rzeczywistości i można go rozpoznać — ale przestaje się do niej ograniczać. Nie tyle ją przedstawia, ile filtruje i przekształca w układ działający przede wszystkim na poziomie percepcji. To przesunięcie jest kluczowe. Właśnie tutaj po raz pierwszy z dużą wyrazistością pojawia się coś, co później stanie się istotą kolejnych cykli: obraz jako narzędzie budowania uwagi.
W tym sensie „Tory” nie są wyborem motywu. Są konsekwencją określonego rodzaju wrażliwości: nieufnej wobec tego, co oczywiste, i przywiązanej do tego, co ujawnia się dopiero przy dłuższym skupieniu. To tutaj ujawnia się metoda, która później będzie rozwijana dalej. To, co wcześniej było rozproszone — rytm, powtarzalność, doświadczenie struktury, przesunięcie uwagi z głównego motywu ku temu, co pomiędzy — zostaje zamknięte w jednym rygorystycznym układzie i po raz pierwszy przeprowadzone do końca.
W tym sensie „Tory” nie są wyborem motywu. Są konsekwencją określonego rodzaju wrażliwości: nieufnej wobec tego, co oczywiste, i przywiązanej do tego, co ujawnia się dopiero przy dłuższym skupieniu. To tutaj ujawnia się metoda, która później będzie rozwijana dalej. To, co wcześniej było rozproszone — rytm, powtarzalność, doświadczenie struktury, przesunięcie uwagi z głównego motywu ku temu, co pomiędzy — zostaje zamknięte w jednym rygorystycznym układzie i po raz pierwszy przeprowadzone do końca.
Tory nie prowadzą spojrzenia w prosty sposób. Utrzymują je w napięciu. Nie pozwalają szybko domknąć obrazu znaczeniem. To wiele mówi o relacji z odbiorcą. Obraz nie podaje gotowego sensu. Wymusza aktywną obecność. Przenosi ciężar z rozpoznania na uczestnictwo. Dlatego pozostaje tak napięty: stoi dokładnie na granicy. Jeszcze pokazuje świat, już zaczyna się od niego uniezależniać.
Jednocześnie właśnie tutaj wybrzmiewa jedna z najważniejszych intuicji tej pracy: tory nie pojawiają się w obrazie po to, by oddawać się marzeniu o nich. Pojawiają się po to, by zostać zabrane w świat sztuki. Nie chodzi o sztukę dekoracyjną ani o sztukę będącą sprawnym komentarzem do rzeczywistości. Chodzi o sztukę silną. O sztukę pełną napięcia. O sztukę, którą można pomieścić w sobie jak tajemnicę.
Sztuka nie jest problemem do rozwiązania. Nie można jej naprawić tak, jak naprawia się wypaczone albo zalane wodą tory tramwajowe. A jednak bez tych torów sztuka nie przeżyje — bez relacji z materią, ruchem, uszkodzeniem i naprawą, bez napięcia między porządkiem a deformacją. Pojawia się tu jedna z najbardziej paradoksalnych intuicji tego malarstwa: sztuki nie da się naprawić, a jednak ona sama na swój sposób naprawia patrzenie.
Jednocześnie właśnie tutaj wybrzmiewa jedna z najważniejszych intuicji tej pracy: tory nie pojawiają się w obrazie po to, by oddawać się marzeniu o nich. Pojawiają się po to, by zostać zabrane w świat sztuki. Nie chodzi o sztukę dekoracyjną ani o sztukę będącą sprawnym komentarzem do rzeczywistości. Chodzi o sztukę silną. O sztukę pełną napięcia. O sztukę, którą można pomieścić w sobie jak tajemnicę.
Sztuka nie jest problemem do rozwiązania. Nie można jej naprawić tak, jak naprawia się wypaczone albo zalane wodą tory tramwajowe. A jednak bez tych torów sztuka nie przeżyje — bez relacji z materią, ruchem, uszkodzeniem i naprawą, bez napięcia między porządkiem a deformacją. Pojawia się tu jedna z najbardziej paradoksalnych intuicji tego malarstwa: sztuki nie da się naprawić, a jednak ona sama na swój sposób naprawia patrzenie.
Tym bardziej dzisiaj, kiedy tramwaje na wiele sposobów wdzierają się w domenę sztuki. Czasem dosłownie, czasem jako gotowy obraz codzienności, a czasem wprowadzane przez AI jako element świata już przetworzonego. Tym ważniejsze staje się rozróżnienie między infrastrukturą a obrazem, między technicznym porządkiem rzeczy a tym, co w sztuce wymyka się funkcji. Właśnie tu malarstwo odzyskuje własny prąd.
Wystawa w Museum Modern Art w Hünfeld była ważnym wcześniejszym zagranicznym przystankiem dla cyklu „Tory” i dla obecności tych prac w szerszym europejskim obiegu. Obrazy pokazywane wcześniej we Lwowie, Kijowie i Pradze trafiły tam do kontekstu, w którym szczególnie mocno wybrzmiewała dewiza Gerharda Jürgena Blum-Kwiatkowskiego: nie iść z prądem ani pod prąd, lecz znaleźć prąd własny. Trudno o trafniejsze zdanie dla tego cyklu. „Tory” nie są tu tylko śladem ruchu. Są próbą odnalezienia własnego prądu malarstwa — takiego, który nie ulega ani presji tematu, ani presji czasu.
Dlatego Hünfeld pozostaje ważny nie tylko jako punkt w historii wystaw, lecz jako moment, w którym metoda staje się wyraźnie widoczna. To tutaj najłatwiej zrozumieć, że obraz może działać nie przez mnożenie efektów, lecz przez konsekwencję. Nie przez nadmiar, lecz przez rygor. Nie przez ściganie rzeczywistości, lecz przez takie jej zagęszczenie, w którym zaczyna odsłaniać się coś więcej niż sam świat.
Wystawa w Museum Modern Art w Hünfeld była ważnym wcześniejszym zagranicznym przystankiem dla cyklu „Tory” i dla obecności tych prac w szerszym europejskim obiegu. Obrazy pokazywane wcześniej we Lwowie, Kijowie i Pradze trafiły tam do kontekstu, w którym szczególnie mocno wybrzmiewała dewiza Gerharda Jürgena Blum-Kwiatkowskiego: nie iść z prądem ani pod prąd, lecz znaleźć prąd własny. Trudno o trafniejsze zdanie dla tego cyklu. „Tory” nie są tu tylko śladem ruchu. Są próbą odnalezienia własnego prądu malarstwa — takiego, który nie ulega ani presji tematu, ani presji czasu.
Dlatego Hünfeld pozostaje ważny nie tylko jako punkt w historii wystaw, lecz jako moment, w którym metoda staje się wyraźnie widoczna. To tutaj najłatwiej zrozumieć, że obraz może działać nie przez mnożenie efektów, lecz przez konsekwencję. Nie przez nadmiar, lecz przez rygor. Nie przez ściganie rzeczywistości, lecz przez takie jej zagęszczenie, w którym zaczyna odsłaniać się coś więcej niż sam świat.
Andrzej Walczak
Architekt, absolwent Architektury Politechniki Łódzkiej, przedsiębiorca, współwłaściciel Grupy Atlas – największego polskiego producenta chemii budowlanej powstałego w 1991 roku. Założyciel i właściciel Atlasa Sztuki – uważanego za jedną z najważniejszych polskich niekomercyjnych galerii sztuki współczesnej.
Łodzianin, pomysłodawca przebudowy Miasta i powstania Nowego Centrum Łodzi. Jego prace były prezentowane na indywidualnych i zbiorowych wystawach, między innymi, w Museum Modern Art w Hünfeld, Instytucie Polskim w Pradze, Galerii Fundacji Sztuki Nowoczesnej w Kijowie, Galerii Dzyga we Lwowie, Galerii Kryga w Grodnie, a także w polskich galeriach w Krakowie, Warszawie, Łodzi. W łódzkich legendach wiele jest opowieści o tym, jak „to miasto" zmieniło ludzi. Taka zmiana jako mit jest konwencją pamiętania o gwałtownych społecznych transformacjach jakie miały miejsce w wielkich przemysłowych Molochach urbanizacji w XIX i XX wieku. Pewnie dlatego, że życie potrafi tu nieźle kołysać.
W takich warunkach to, co wyobrażone bezpośrednio nakłada na siebie przemoc, sprawczość, pragnienia, dominację i uległość. To prosta, beznamiętna i bezwzględna siła, jak pracująca maszyna. Taką, którą można wykorzystać do masowej produkcji. Mniejsza o to, co liczy się bardziej: jej wielkość, tempo (ilość zmian), rozwijanie sieci dystrybucji, zdobywanie rynku, w końcu zysk.
Miasta przemysłowe (i postindustrialne) nadal lubimy opisywać jak sportowe auta, podając mnóstwo technicznych parametrów, rzadko zastanawiając się jakie instynktowne siły i odruchy w nas samych taka symboliczna specyfikacja aktywuje.
Walczak spędził w Łodzi całe życie, schował się w mieście, uwolnił od Szwajcarii, odnalazł własny sposób malowania, przedziwny, w półdrogi między bezcielesną świętością i bolesnym okrucieństwem. Trochę podobny do charakteru miasta Łodzi.
Miasta przemysłowe (i postindustrialne) nadal lubimy opisywać jak sportowe auta, podając mnóstwo technicznych parametrów, rzadko zastanawiając się jakie instynktowne siły i odruchy w nas samych taka symboliczna specyfikacja aktywuje.
Walczak spędził w Łodzi całe życie, schował się w mieście, uwolnił od Szwajcarii, odnalazł własny sposób malowania, przedziwny, w półdrogi między bezcielesną świętością i bolesnym okrucieństwem. Trochę podobny do charakteru miasta Łodzi.